Jesienna impreza klasowa: 40 zł na przekąski, dynia i spór o soki
Skarbniczka klasy 2B ma 40 zł na przekąski na jesienną imprezę, a grupa klasowa w godzinę produkuje 38 wiadomości, spór o soczki i jedną dynię.
Tomasz Żyłka · 3 min czytania
· zaktualizowano
Dawno temu, w odległej galaktyce, czyli w czwartek o 19:48, między reklamą kredytu a zdjęciem kota, na grupie klasy 2B ktoś napisał: "To co, robimy coś na jesień?". Nikt nie wiedział jeszcze, że właśnie rozpoczęła się mobilizacja. Na stole leżało czterdzieści złotych na przekąski, a na ścieżkę wojenną wkroczyła jedna mama z poglądami na temat motywu.
Zaznaczam od razu: ją lubię. Każdy z nas jest czyjąś mamą z poglądami. Ja mam poglądy na temat podpisywania przelewów.
Czterdzieści złotych na wszystko
Budżet był prosty jak instrukcja do szafki z IKEA. Czterdzieści złotych na przekąski, bo reszta leży w skarbonce klasy. Zero złotych na argument o przekąskach, bo ten, jak się okazało, zawsze wychodzi za darmo i bez limitu.
W ciągu godziny grupa wygenerowała:
- 38 wiadomości,
- 9 emotek dyni (z czego jedna w kapeluszu),
- 2 propozycje "żeby nie było słodyczy",
- 1 propozycję "żeby były tylko słodycze",
- 1 pytanie "a kto to ma zrobić?", na które odpowiedziała cisza o strukturze betonu.
Soczki, czyli dyplomacja
Pani Ola (wymyślona, jak wszystkie panie Ole w tym tekście) napisała, że dzieci powinny dostać soki 100%, bez cukru dodanego. Pan Tomek (też wymyślony) odpowiedział, że jego zdaniem sok powinien być w kartoniku, bo kubki to katastrofa.
- Czyli który?
- Ten.
- Który ten?
- No ten.
Nigdy nie dowiedzieliśmy się który, ale kartonik z jabłkiem wygrał w głosowaniu serc, czyli tym, które liczy się najbardziej i nie ma regulaminu.
Krótkie wtrącenie o wiewiórce
Jadąc w piątek rano do pracy, zobaczyłam wiewiórkę, która z wielkim skupieniem zakopywała orzech w trawniku przed blokiem. Przez dwie minuty. Potem odkopała go, obejrzała, i zakopała w innym miejscu. Wiewiórki przez całą jesień robią dokładnie to, co grupa klasowa robi przez pół października: podejmują decyzję, wycofują ją i kopią od nowa. Z tą różnicą, że wiewiórka nie pyta w trakcie "a ile to wyniesie na dziecko?".
No dobrze. Wracajmy do dyni.
Dynia jako jednostka rozliczeniowa
Dynia miała kosztować dziesięć złotych. Kosztowała dwanaście pięćdziesiąt, bo na targu była taka "ładniejsza, taka bardziej pomarańczowa". Pani, która ją sprzedawała, nie przyjmowała BLIK-a, a ja miałam w portfelu dokładnie jeden banknot dwudziestozłotowy i zero drobnych.
Reszty z dwudziestki nie było. Była dynia, dwie jabłecznice i chyba obietnica, że w piątek ktoś odda. Przez resztę tygodnia czułam się jak człowiek, któremu klasa jest winna 7,50 zł i który nie powie tego głośno, bo przecież nie o to chodzi.
Wieczorem wpisałam do arkusza impreza_jesien_chyba_ostateczna.xlsx dwanaście pięćdziesiąt za dynię i siedem pięćdziesiąt reszty, której nikt nie miał. Ten wiersz nazwałam "dług wobec dyni". Do dziś nie wiem, kto jest wierzycielem.
Co zbudowaliśmy zamiast kolejnej kolumny
Nie będę ściemniać: zbudowaliśmy do tego aplikację. Jeden link, rodzice w swoim języku widzą, ile i na co, płacą zwykłym przelewem albo BLIK-iem, a skarbnik widzi w jednym miejscu, kto zapłacił (więcej w pytaniach i odpowiedziach i w naszym poradniku dla skarbnika klasowego). Premium jest na klasę, nie na rodzica (cennik), więc po podziale na 25 rodzin wychodzi jakaś złotówka na rodzinę miesięcznie. Wiem, że to brzmi jak slogan. Ale ta złotówka to akurat nie slogan, tylko arytmetyka.
Impreza odbyła się w środę. Dyni nikt nie wydrążył, bo nikt nie wiedział, kto ma nóż. Dzieci zjadły jabłecznicę z czterdziestozłotowego budżetu, wypiły sok w kartoniku (jabłko), a mama z poglądami na temat motywu przyniosła z własnej woli trzydzieści sztuk papierowych nietoperzy.