Przelew, który wrócił z wakacji
Jedna wpłata z tytułem "sry" przychodzi w sierpniu, choć skarbniczka pożegnała się z nią jeszcze w czerwcu.
Jest 12 sierpnia, godzina 14:30, upał taki, że nawet osy nie mają siły latać, tylko chodzą po parapecie pieszo, a ja siedzę w klapkach nad zimną kawą i pilnuję niczego, bo grupa klasowa milczy od siedmiu tygodni jak kaplica we wtorek. Żadnego zdjęcia znad jeziora. Żadnego "dzień dobry Państwu, przypominam". Cisza, w której nawet ja, skarbniczka klasy 4B, zdążyłam zapomnieć hasła do arkusza.
I wtedy telefon brzęczy.
Bank. Powiadomienie. Kwota: 65,00 zł. Tytuł przelewu: "sry".
Nie "za wycieczkę", nie "Zosia 4B", nie nawet imię i nazwisko, tylko trzy litery rzucone na tytuł przelewu jak kartka zostawiona pod drzwiami sąsiada. Chwilę siedziałam z telefonem w ręce, próbując sobie przypomnieć, co to w ogóle jest, bo mój mózg latem robi się jak stary dysk twardy, kasuje wszystko, co nie jest niezbędne do przeżycia wakacji.
Park linowy, 65 złotych, i jedna rodzina, która zniknęła w czerwcu
A to była zbiórka na park linowy. 65 złotych od dziecka, termin 15 czerwca, godzina 23:59, bo zawsze ustawiam termin na 23:59 jak jakiś prawnik od umów najmu. Dwadzieścia siedem rodzin z dwudziestu ośmiu wpłaciło do 14 czerwca. Jedna nie. Wysłałam przypomnienie w piątek, potem w niedzielę, potem już nic, bo w pewnym momencie przypominanie zaczyna wyglądać jak nękanie, a ja nie chciałam być tą skarbniczką.
- Cześć, przypominam o parku linowym, termin dziś!
- ok
I tyle. "Ok" z małej litery, bez kropki, jak westchnienie zapisane w Messengerze. Zamknęłam zbiórkę 16 czerwca z dwudziestoma siedmioma wpłatami, zapłaciłam firmie za dwadzieścia osiem dzieci z własnej kieszeni, bo nie miałam serca zostawić jednego dziecka na parkingu, i grzecznie pożegnałam się z tematem. W głowie miałam już to rozliczone. Zaksięgowane. Odpuszczone, jak dług skreślony w zeszycie sołtysa.
Chwila dygresji, wytrzymajcie ze mną
Bo to mi przypomina bociany. Wiecie, że część z nich w ogóle nie odlatuje na zimę, tylko zostaje, bo znalazła ciepłe wysypisko i jej się nie chce? Ornitolodzy mają nawet na to nazwę, coś w stylu "bociany leniwe", i cała reszta stada po prostu na nie nie czeka, odlatuje w te swoje klucze, a ten jeden zjawia się pod koniec lutego, otrzepuje pióra i zachowuje się, jakby nic się nie stało. Nikt go nie wyrzuca z gniazda. Po prostu jest, spóźniony o pół sezonu, i życie toczy się dalej.
No dobra, wracajmy do przelewu z tytułem "sry".
Odpisałam, bo trzeba było
Bo przecież nie mogłam zostawić tego bez słowa, więc napisałam.
- Cześć! Wszystko u Was ok? Nie musieliście, ja to już dawno zamknęłam z własnej kieszeni.
- sry
- Za co dokładnie?
- za wszystko. było ciężko. teraz jest lepiej
I to mnie rozłożyło bardziej niż jakiekolwiek "sry" mogłoby rozłożyć. Bo pod tym jednym słowem, wrzuconym w martwy sierpień, było pół roku czegoś, o czym nie mam pojęcia, i nie muszę mieć. Odpisałam serduszkiem, bo nie wszystko trzeba komentować, czasem trzeba tylko przyjąć.
Notatka na marginesie, żeby była jasność: w ClassKasie rodzic płaci bezpośrednio z linku do zbiórki, więc ta wpłata i tak wylądowałaby na właściwym koncie z automatu, bez zgadywania po tytule przelewu. Ale to akurat była stara, poczciwa zbiórka na kartce w Excelu, więc siedziałam z kalkulatorem i przeliczałam ręcznie, ile mi się zgadza, a ile nie.
Epilog, który nie jest epilogiem
Zamknęłam arkusz, dopisałam wiersz, poczułam tę specyficzną satysfakcję księgowej po godzinach, która wie, że jedna kolumna wreszcie się zgadza. Zrobiłam sobie drugą kawę, tym razem ciepłą, usiadłam na balkonie, osy dalej chodziły po parapecie.
Telefon brzęknął znowu.
Bank. Kwota: 40,00 zł. Tytuł: "sry za skladke". Inna klasa, inne dziecko, inna rada rodziców, o której zdążyłam zapomnieć jeszcze mocniej niż o parku linowym.
No to jeszcze jedna kawa.